home wydarzenia o nas wyprawy galerie wspólpraca kontakt

 

Gruzja - Magiczny Kaukaz

   
Data: 2.08.2011 - 16.08.2011
Rejon: Gruzja: Tbilisi, Kazbegi, Kazbek, Roshka, Ahalcyche, Wardzia.
Skład: Piotr Kowalczyk, Magdalena Gut, Mateusz Piekielnik, Jagoda Suszek, Michał Ożga, Dominika Stawicka
Partnerzy i sponsorzy: brak

 

 

 
Wyświetl większą mapę

Głównie górska eskapada w bezdroża Kaukazu, rozpalony słońcem skrawek ziemi leżący między Morzem Czarnym i Kaspijskim, gdzie większość to wysokie i niedostępne góry, bez szlaków ale za to mili i gościnni Gruzini. Klimat sowiecki na każdym kroku...
 
 
Tbilisi

Po przylocie w środku nocy uderza nas fala gorąca, mimo że w Polsce była pełnia lata, to jednak ma się ona nijak do temperatur panujących wówczas na Kaukazie. Taksówkarz za kilka dolarów wiezie nas do znalezionego w sieci hotelu u tajemniczej Iriny, rozwijając prędkości podobne do niemieckiej autostrady na ulicach gruzińskiej stolicy, w końcu wjeżdżamy w ciemną dzielnicę, z bardzo zniszczonymi budynkami. Na miejscu wita nas mówiąca po rosyjsku właścicielka tego przybytku, czeka nas nieprzespana noc z uwagi na niewyobrażalną duszność pokoi…. Rano postanawiamy odkryć miasto na własną rękę, chowając się co chwilę przed słońcem. Stolica posiada dobrze rozwinięte metro- jest to pozostałość z czasów ZSRR, gdy największe miasta ustawowo musiały mieć podziemny transport. Tbilisi jest w zasadzie jedynym dużym miastem na terenie Gruzji, wszystkie pozostałe to miasteczka lub o wiele mniejsze miasta. 


Gruzińska droga wojenna

Z dworca Didube w Tbilisi jedziemy z zakręconym Gruzinem jego autem aż do Kazbegi, u stóp Kaukazu Wysokiego, naszym celem jest rozbicie obozu koło kościoła Tsminda Sameba, jest to w zasadzie symbol tego kraju. Jedziemy w piątkę na tylnim siedzeniu co czyni tą podróż ciekawszą, jesteśmy zdumieni ogromem gór jaki widzimy w miarę wznoszenia się naszej drogi. Kazbegi to w zasadzie wioska z której wychodzi szlak na Kazbek, kilkanaście domów, dwa bary i kilka sklepów… problematyczne staje się zdobycie paliwa do naszych kuchenek, idziemy do czegoś co wygląda jak stacja benzynowa, miły pan nalewa nam etyliny do butelki, ucieszeni wiemy że będzie na czym ugotować zupki chińskie ;-) Wejście na wysokość kościółka z całością bagażu okazuje się nie takie łatwe, zajmuje ono nieprzewidzianie dużo czasu, na miejscu na wysokości około 2300 m n.p.m. zastaje nas gęsta mgła, mnisi w kościele nie są zbyt rozmowni, zbliża się deszcz, tak, jesteśmy w wysokich górach…. całą noc szaleje burza.
 

U stóp Kazbeku

Rano mgła w miarę opada, jednak warunki nie są sprzyjające na wyjście wyżej, planowaliśmy iść do lodowca Gergeti ale pogoda jest na tyle nieprzewidywalna że nie ryzykujemy, w połowie dnia rozdzielamy się, idziemy na lekko do lodowca, druga grupa w przeciwną stronę, spotykamy trekkerów z .. Iranu! Bardzo duża grupa Irańczyków schodziła właśnie z lodowca. Obozowisko zostaje brutalnie zaatakowane przez stado krów, które w Gruzji na równi ze stadami koni pasą się prawie na każdym pastwisku, nawet na 3 tysiącach metrów. Monastyr Tsminda Sameba to najbardziej rozpoznawalny obrazek w Kaukazie. Kościół Cminda Sameba (Świętej Trójcy) powszechnie jest określany jako „Gergeti“ (od nazwy wzgórza świątynnego, na którym stoi).stoi na wysokości 2400 m n.p.m. Po jego wschodniej stronie znajduje się głęboka kotlina, w której leży miasto Kazbegi. Bez wątpienia kościół Gergeti i okoliczne góry tworzą jeden z kilku najwspanialszych widoków na Kaukazie.
 

Barszcz Sosnkowskiego

Schodzimy z gór do Kazbegi, jest to jednak tylko pojęcie względne, gdyż cały czas znajdujemy się na wysokości 1800 m n.p.m. w planie jest dotarcie do Juty, zapowiada się najaktywniejszy dzień górskiej wędrówki, staramy się łapać stopa jednak szansa na złapanie czegokolwiek na górskim pustkowiu jest znikoma. Udaje się nam podjechać może kilometr, resztę trudnej drogi w górę musimy pokonać sami. Część idzie z tyłu, dwójce z nas udało się złapać wesołego starszego pana który będąc nie do końca trzeźwym zawziął się aby wieźć nas do Juty, stwierdził „zamatajcie sznurkiem drzwi” hmm, stan tego furgonu był opłakany i nasze plecaki o mało nie wypadły w przepaść, auto, jeśli można było tak je nazwać, gasło co chwilę i zaczęło się powoli staczać w dolinę… wyskakując z tego wesołego transportu, idziemy w górę z resztkami sił. Dookoła rosną barszcze Sosnkowskiego, roślina która pochodzi w zasadzie z Kaukazu, posiada ona trujący sok, który powoduje poparzenia a w Polsce jest tępiona. Barszcz to standard w zaroślach kaukaskich. U kresu sił widać Jutę…
 

Przełęcz Roshka i rozstanie Drużyny Pierścienia

Z malowniczo położonego kempingu w Jucie idziemy dalej w górę, z widokiem na skalisty Masyw Czauchy, który sięga wysokością ponad 5 tysięcy m n.p.m. widoki robią się iść alpejskie, już samo miejsce noclegowe w Jucie było położone na wysokości naszych największych tatrzańskich szczytów… Droga wiedzie wzdłuż strumienia, naszym celem jest dotarcie do przełęczy Roshka, która położona jest na około 3500 m n.p.m. nie istnieje inne przejście do tej górskiej wioski, widoki rekompensują nam zmęczenie po podejściu do Juty poprzedniego dnia. Oczywiście jak to w Kaukazie, ścieżki czy znakowane szlaki nie istnieją, musimy sami znaleźć przełęcz i drogę która do niej prowadzi. Przybywamy na miejsce położone poniżej stromego skalnego przesmyku, gdzie w oddali prawdopodobnie znajduje się nasza przełęcz, widoki przypominają Góry Mgliste z tolkienowskich opowieści. Rozbijamy obóz pod przełęczą, gdyż zbliża się burza, po jej przeczekaniu pojawią się najpiękniejszy widok tej wyprawy- nasza własna tęcza! Spośród chmur, gdy jeszcze kropelki deszczu nie opadły, powstaje przepiękny łuk załamania światła nad naszym obozem, zaczynający i kończący się w obrębie doliny pod przełęczą. Na drugi dzień
ekipa zwiadowcza idzie z bardzo odpowiedzialnym zadaniem odnalezienia przełęczy… okazuje się to wcale nie takie proste jak przypuszczaliśmy. 
 
Droga prowadzi skalistym piargiem do półki z której droga dopiero wiedzie ku przełęczy. Niestety nie wszyscy mogą tą drogę pokonać, jeden z nas rozchorował się, druga osoba nie ma kijów trekkingowych, bez nich przejście jest niemożliwe przy takim obciążeniu, druga dwójka rezygnuje. Następuje rozstanie drużyny, dwójka idzie przez przełęcz a reszta wraca na dół do Juty i dalej do Tbilisi, co udaje się dzięki złapanej na stopa ciężarówce która dowozi do samej stolicy Gruzji. Znów robi się upalnie…
 



Sowieckie klimaty

Z Tbilisi jedziemy z dworca Didube, w kierunku Wardzii, jednak musimy zatrzymać się w Achalciche które jest dość istotnym węzłem transportowym. Słońce już powoli zachodziło, więc postanowiliśmy zatrzymać się w tym mieście i rano szukać transportu do Wardzii. Nie lada zadaniem okazało się znalezienie miejsca gdzie można zjeść tradycyjne chaczapuri, ba, cokolwiek zjeść w „centrum”… miasteczko Achalciche wyglądało jak wyjęte z głębokiego komunizmu miasto gdzie czas się zatrzymał. Brakowało tylko socrealistycznych pomników które dopełniając klimatu sprawiłyby, że poczulibyśmy się jak kilkadziesiąt lat wcześniej. W końcu trafiamy na podrzędny bar poza centrum, wyglądający jak nasz bar mleczny z poprzedniej epoki, gdzie na dokładkę bardzo zdziwiona obsługa nie mogła wyjść z podziwu że chcemy tam coś zjeść a nie tylko posiedzieć przy piwie. Miejsce to ma plus, bajecznie tanie chaczapuri, po którym kolejne zadanie- gdzie się rozbić? Dookoła strome góry, ogródki, domki.. prawie jak w Norwegii. Idziemy poza miasto, po kilometrze spaceru pojawia się góra i dość rozległy teren wyglądający na opuszczony wzdłuż nasypu kolejowego, wyglądający- gdyż jest już prawie ciemno i nie widzimy dokładnie tego, rozbijamy się więc tuż za nasypem, na brzegu dość dziwnego miejsca. Dopiero przy świetle księżyca widzimy gdzie dokładnie jesteśmy- dookoła nas na skałach ruiny, obok przepiękny mostek a nad nami tylko gwiazdy i gwiazdy…


Skalne miasto i gruzińska gościnność

Wardzia. Docieramy do skalnego miasta w okropnym upale z perspektywą spędzenia na otwartej przestrzeni czasu aż nie zajdzie słońce.. w zasadzie było to rano (..) więc troszkę nam jeszcze testu wytrzymałości cieplnej zostało. Miasto jest bardzo ciekawe, to ruiny które są niewielką pozostałością po pierwotnych budowlach, gdzie istniała cała infrastruktura włącznie z cerkwią. Odrobinę chłodu przynoszą wydrążone w skałach pomieszczenia gdzie nie dociera słońce. W końcu znajdujemy kemping który jest jedynym miejscem, gdzie można zjeść cokolwiek, oczywiście spotykamy Polaków, żartując że jazda do Gruzji stała się już w te wakacje sportem narodowym, który można byłoby określić jako „gruzing” ? dosłownie każdy kogo spotkaliśmy z turystów był Polakiem, który przyjechał albo stopem do Gruzji albo miał tym stopem z niej wracać.. powoli stawało się to oczywiste. Szukając wieczorem monastyru obok Wardzie, zostaliśmy zaczepieni przez chłopca który zaprowadził nas do pobliskiego ogródka gdzie… trwała w najlepsze gruzińska impreza! Wreszcie mieliśmy okazje doświadczyć tego o czym czytaliśmy- zostaliśmy zaproszeni do stołu, wino polewane z 5l butli, przekąski, mięso, prawdziwa biesiada. Dowiedzieliśmy się o tym jaką sympatią darzą nas jako naród Gruzini i spotkanie przebiegło w bardzo miłej atmosferze. Nadszedł czas na kaukaskie pożegnanie... 
 
 
 
 
 
 
 

 


 


< powrót


Images may not be reproduced in any form without the express written permission of the copyright holder.
Design by Tomasz Oles. Copyright by Tomasz Oles & Piotr Kowalczyk